Images Texts
TOMKOWSKI

An short essay about trip to Belgium many, many years back, in a battered Fiat Panda, with my old friend - Janek - by the man himself:


Jan Tomkowski : Flamandzka spiżarnia


Wiele lat temu chciałem pojechać do Belgii. Trzeba było złożyć podanie o stypendium, zaplanować program zajęć, wymyśleć jakiś temat, a na wszelki wypadek kupić przewodnik i trochę dewiz. Wynik tych starań wydawał się zawsze niepewny, choć niektórym się udawało.
Dlatego mój przyjaciel Janek podtrzymywał mnie na duchu, opowiadając o Belgii, która jego zdaniem należała do najbardziej intrygujących krajów Europy. Mówił więc o rybakach i komiwojażerach, którzy siedząc w oberżach palą swoje długie fajki, w kłębach aromatycznego dymu rozpamiętując szczegóły ostatnich interesów. O belgijskich kobietach, których urodę pozwalają podziwiać okna bez firanek. Wyglądają przez nie, czekając na powrót męża, czyszcząc do połysku wspaniałe miedziane rondle, odziedziczone jeszcze po dalekich przodkach. Zapewniał, że w Belgii wszystko błyszczy tak jak cynowe talerze, na których podają tam zwykle posilną zupę. Zapraszał mnie na targ rybny do Ostendy, przy okazji wypominając Hiszpanom zniszczenie tej perły Morza Północnego. Wytaczał kolejne beczułki niezrównanego piwa belgijskiego, jedynego w swoim rodzaju, produkowanego według sekretnej receptury klasztornej.
Ponieważ coraz bardziej oddalał się od rzeczywistości, więc zapytałem w końcu, ile razy był w Belgii.
- Ani razu – odparł – lecz mnóstwo na ten temat czytałem.
Dlatego jestem nieźle zorientowany.
Mój angielski przyjaciel siedzący teraz za kierownicą nie może wyjść z podziwu, słysząc te historię. Jemu wszystko wydaje się takie proste, skoro każdą komplikację usuwa ostatecznie niezawodne O.K., po którym następuje coś w rodzaju „a więc dobrze”. O.K., a wiec jedziemy autostradą, a później skręcimy w boczną ścieżkę, by zobaczyć prawdziwy cud: pole pszenicy ogrodzone metalowa siatką i zamknięte na kłódkę.
Jaka szkoda, mówię, chętnie pochodziłbym po takim polu i roztarł na dłoni dwa albo trzy kłosy – może taką potrzebę odziedziczyłem po moich antenatach, którzy coś tam uprawiali?
- O.K. – mówi Jac całkiem poważnie – może więc zatrzymamy się pod tym drzewem i poprosisz gospodarza, żeby cię na chwile wpuścił?
Lecz nie mamy czasu, jedziemy przecież naprawdę do Belgii. Spróbujemy belgijskiego piwa i zobaczymy Gent, przemkniemy po salach muzeum sztuki w Brukseli, ale w gruncie rzeczy będziemy robić coś zupełnie niepraktycznego.
Jac słucha mnie chętnie, bo autostrada jest płaska i trochę nudna, w nocy nawet doskonale oświetlona. Tłumaczę, że będziemy udawać flamandzkich nacjonalistów. Nie interesują nas Walonowie, ich literatura, język ani malarstwo, ani nawet ich walońska dusza (o ile coś takiego w ogóle posiadają). FLEMISH – uczynimy to słowo drogowskazem naszej dzikiej wędrówki po Gandawie, Antwerpii, Brugii. Jac zauważa, że nasza podróż szybko się skończy i przyjmuje z rozczarowaniem wiadomość, że miasta belgijskie są tak maleńkie – poza Brukselą oczywiście, do której mamy stosunek ambiwalentny. Nie podoba mu się również nacjonalizm, bo narody powinny się nawzajem szanować.
- Owszem, owszem – odpowiadam chytrze – ale nie dotyczy to przecież malarstwa. FLEMISH PAINTING nie może wchodzić w układy z malarstwem Południa, choć może coś stamtąd podkradać. Włosi i Hiszpanie zawsze byli przeceniani, a i Holendrów ceniono zwykle wyżej niż mistrzów z Flandrii.
Tu Jac się zgadza. Sam jest artystą i w Londynie musi walczyć z konkurencją reprezentującą wszystkie strony świata. Korzystając z chwilowego zawieszenia broni wyjaśniam, że będziemy budować flamandzką spiżarnię. Nie chodzi mi przy tym o regionalną kuchnie, o której nic nie wiem. Być może dowiemy się o niej więcej, jeśli przestaniemy chodzić do „Pizzy Hut”, gdzie na szczęście nie musimy dawać hojnych napiwków, a na talerz sami nakładamy sobie porcje tak duże, że po prostu nie da się ich zjeść ani donieść na stolik.
Z tak ekonomicznego wyżywienia jestem zresztą zadowolony i mało obchodzą mnie flamandzkie specjały. Nie mówimy zresztą o kuchni, lecz spiżarni. I chodzi mi o pomysł w rodzaju gry szklanych paciorków, tylko może trochę prostszy. Jedziemy więc do Brukseli szukać materiałów do naszej nikomu niepotrzebnej pracy. Błyszczą w słońcu dachy pałacu królewskiego. Muzeum jest podzielone chytrze: z lewej strony wejście do skrzydła, gdzie zebrano sztukę dawną, z prawej – kolekcja współczesna. Belgowie układają się już na trawnikach i odwijają z serwetek swój lunch, a my wchodzimy do środka: Jac skręca na prawo, ja – idę na lewo. Trochę mi żal Delvaux, którego w tej chwili ogląda mój angielski kolega. Żal i Tooropa, którego niesamowite obrazy pewnie też znajdują się w miejscowych zbiorach. Ale nie mam czasu, by rozpaczać. Jeśli dobrze policzyłem, trzeba obejść szesnaście sal, zanim zobaczymy Spiżarnię Fransa Snydersa. Zwiedza się w cudownych warunkach: jest przestronnie, dosyć chłodno, a sposób ekspozycji sprzyja nieustannych zachwytom.
- Co widziałeś? – pyta Jac.
Już mam odpowiedzieć, że widziałem wszystko: owoce, drzewa, zwierzęta, ryby, ptaki, przedmioty, kolory zatrzymane i w ruchu, światło ostre i rozproszone, natłok materii żywej i martwej obok pustki, twarze skryte w mroku, niektóre bezmyślne, wykrzywione w niemądrym uśmiechu, inne chytre, zagadkowe albo zadumane, ubrania, broń, kielichy, sztućce, talerze, dzbany, księgi i skrzypce. Wyliczenie zupełnie bez sensu, więc mówię niepewnie:
- Widziałem parę obrazów Fransa Snydersa.
Potem dodaję, że Snyders różni się od innych nie tylko dlatego, że wybiera barwy żywsze od większości holenderskich mistrzów. To nie tylko to, mówię. Jest od nich prawdziwszy i bardziej przerażający, co nie znaczy oczywiście, że maluje piękniej niż Holendrzy, ale… Miał czas, by doskonalić swoja sztukę. Przez całe życie szczęście mu dopisywało. Gdyby nie spotkał na swej drodze właściwych ludzi, mógł – jak jego ojciec – zostać do końca swoich dni oberżystą. Urodzony (a może tylko ochrzczony) dziesięć lat po najsławniejszym i chyba najgenialniejszym z malarzy flamandzkich – tak zwanym "Chłopskim" Brueglu, trafił do pracowni jego syna Pietera. Później pobierał nauki we Włoszech, współpracował z samym Rubensem, malował obrazy na zamówienie króla hiszpańskiego. Doczekał się sławy i sporych pieniędzy, nie znając w zasadzie twórczych kryzysów ani marnej konikunktury. No i dożył sędziwego wieku w rodzinnej Antwerpii, gdzie kilka lat po jego śmierci otwarto Akademię Sztuk Pięknych.
Z Brukseli do Antwerpii dwa kroki, pojedziemy w stronę granicy holenderskiej i zobaczymy, czy nie zachował się dom artysty albo jakieś ślady jego działalności, a przy okazji zwiedzimy muzeum.
Jac zajmuje się samochodem, a wybieram szafy i półki, i kosze, z jakimi flamandzkie gospodynie udawały się kiedyś na targ. Chodzi nam bowiem o zupełnie inną spiżarnię niż ta, którą opisywał na przykład Mikołaj Rej. W jego gospodarstwie mnóstwo produktów wędrowało z pola, ogrodu albo sadu prosto na stół. Pomieszczenie do gromadzenia żywności nie musi być zbyt przestronne, jeśli większość składników mamy po prostu za oknem. Co innego, gdy trzeba je kupić i przechować co najmniej do uroczystej kolacji.
Zaczynam zapełniać naszą symboliczną spiżarnię najpierw owocami, bo zawsze miały one w dawnej sztuce ukryte znaczenie. Kocham mango (chyba jeszcze nieznane Europejczykom sprzed trzystu albo czterystu lat), uwielbiam brzoskwinie, lecz te namalowane wydawały mi się nazbyt skromne. Wybieram więc nieustanny przedmiot pożądania: owoc, który w naszym klimacie jada się dziś bardzo rzadko, a przynajmniej w miastach jest nieprzyzwoicie wprost drogi.
Wybieram poziomkę.
Mogłoby się wydawać, że jeśli namalował coś Leonardo da Vinci, to w zasadzie wszystkie porównania są niemożliwe. A jednak… Poziomka Leonarda, jeśli dobrze zauważyłem, w otoczeniu czterech wisienek, jest oczywiście poziomką zwyczajną, jaką spotykamy na rynku albo w naturze. Dopiero poziomka Hieronima Boscha budzi nasze zdumienie. To taka poziomka, jaką chciałbym mieć w domu. Poziomka wielkości klęczącego mężczyzny znajduje się w centralnej części tryptyku Ogród rozkoszy – na dole, trochę z prawej strony. Leonardo i Bosch byli niemal rówieśnikami, więc trudno powiedzieć, który z nich pierwszy odkrył malarskie walory poziomki.
Dawniej wydawało mi się, że ojczyzną tego cudownego, maleńkiego i tak delikatnego owocu jest Szwecja. Nie wiedziałem wcześniej, że Bergman miał tak wspaniałych poprzedników i że poziomka odgrywała tak znaczącą rolę w świecie chrześcijańskich symboli. Reżyser najpewniej brał to pod uwagę, a może wcale nie?
Smak poziomek znał już Owidiusz, o czym świadczy opis wieku złotego w Metamorfozach. Antyczny raj nie był bezcielesny, ale też nie przypominał w niczym państwa rzymskiego. Ludzie nie odczuwali strachu ani skłonności do zła, nie istniały sądy, nie znano pojęcia kary. Nie uprawiano ziemi, nie budowano fortyfikacji,nie podróżowano, więc niepotrzebna okazywała się umiejętność budowania statków i sztuka żeglarska. Wszyscy odżywiali się tym, co dawała im przyroda – jagodami, jeżynami, poziomkami.
Poziomki spotkać można nawet w raju, a Ingmar Bergman wiedział oczywiście doskonale, że jedyne raje, jakie poznajemy za życia, to raj dzieciństwa i młodości. Raj utracony, bez wątpienia. Jak ta poziomkowa polana z filmowego arcydzieła, którego bohaterem jest stary profesor grany przez aktora naznaczonego już piętnem śmierci. Układam moje poziomki w wiklinowym koszu, ale by wyeksponować następny owoc, muszę sięgnąć po złotą paterę – widziałem taką na obrazie Snydersa znajdującym się w Muzeum Narodowym w Sztokholmie. To zapewne późne dzieło mistrza z Antwerpii. Format trochę nietypowy, kompozycja niemal pionowa, u dołu talerze z chińskiej porcelany, pusty kielich, kiść winogron. Na środkowej półeczce rozłupane granaty i świeże figi o smaku tak odmiennym niż te suszone, jadane u nas głównie przed świętami. Wspaniała złota patera budzi nieuchronnie świętokradcze skojarzenia z monstrancją, na której umieszczone są winogrona – tym razem pokazane już nie jako deser do spożycia, lecz roślina, której rozwinięte liście tworzą coś w rodzaju dachu, a dopiero pod nim układają się w misterne sploty gałązki i owoce.
Znaczenie winorośli zostało tu podkreślone bardzo zręcznie, choć ustanowiona między owocami i przedmiotami hierarchia może się wydawać niemal przypadkowa. W dziełach Jana Davidsza de Heema, urodzonego wprawdzie w Utrechcie, lecz przez wiele lat działającego w Antwerpii, winogrona są zwykle elementem szerszej kompozycji, często symbolicznej.

Mogą nawet otaczać kielich, nad którym unosi się świetlista hostia. Odnoszące się do winorośli liczne fragmenty biblijne, choćby w Księdze Liczb czy Ewangeliach, całkowicie usprawiedliwiają takie zestawienie.
Każdy, kto przygotowywał stół dla wymagających gości, wie doskonale, że winogrona należą do najbardziej dekoracyjnych owoców. Konkurować mógłby z nimi chyba tylko świeży ananas, jednak jeśli tkwi na tacy nieobrany, to raczej nie zachęca do skosztowania. Kiście winogron są zdecydowanie bardziej różnorodne, czy to pod względem kształtu owoców, czy też ich koloru. Małe, średnie i duże, kuliste albo wydłużone, o błyszczącej albo matowej skórce. Podział na „jasne” i „ciemne” upraszczałby nieskończoną rozmaitość barw. Zdarzają się winogrona niemal białe i zielone jak trawa, szmaragdowe, żółtawe albo złociste, różowe, purpurowe, fioletowe, granatowe i niemal czarne. Natomiast gałązka winogron prawie zawsze zniewala swoją urodą, nie warto jej dzielić przed zważeniem, jeśli oprócz smakołyku chcemy przynieść do domu odrobinę piękna.
Zapomniałbym jeszcze o winogronach brązowych, a więc przejrzałych. Jedne zamienią się w słodkie rodzynki, lecz inne chyba nigdy nie zostaną zjedzone. Tak jak te owoce z petersburskiej martwej natury Jana Fyta, ucznia Snydersa.

Na pierwszym planie są tu chyba brzoskwinie, z prawej strony maliny w filiżance, a dalej gałązki winogron, na których pojawiają się mało apetyczne plamy. Wszystkich owoców strzeże papuga – ptak interpretowany czasem jako oczywista metafora nieokiełznanego gadulstwa, a czasem symbol maryjny. Fyt lubił takie kompozycje, zamknięte w ciemnych barwach, wydobywające złotą poświatę na owocach i wprowadzające celowo pewną zagadkowość ekspresji.
W odniesieniach do tradycji nowotestamentowej kapitalną rolę odgrywa przeciwstawienie „wnętrza” i „zewnętrza”, które bywa wykorzystywane w najrozmaitszych kontekstach. „Zewnętrzne” oznacza skórę albo skorupę, twardą, brzydką, nieprzyjemną w dotyku, czasem włochatą lub pokrytą igłami, nieprzenikającą jednak do środka. „Zewnętrzne” chroni „wewnętrzne”, ale go nie ogarnia, nie zapowiada jego istoty.
Można to odnieść zarówno do owocu, jak i Chrystusa zamkniętego w grobie, do duszy uwięzionej w ciele, do ducha ukrytego w materii. Dlatego takim powodzeniem cieszą się w malarstwie zachodnim wizualnie nie zawsze atrakcyjne orzechy czy kasztany.
Myśląc o podobnych dysonansach trudno byłoby przeoczyć cytrusy, bardzo tajemnicze owoce zmieniające swój wygląd nie do poznania z chwilą, gdy decydujemy się na ich kulinarne wykorzystanie. Możemy je zwykle obierać albo dzielić na części. Z punktu widzenia malarza owoc obrany wygląda na ogół gorzej, choć nie dotyczy to na przykład cytryny. Moim zdaniem, powinna symbolizować tajemnicę ascezy, bo jej mało zachęcający smak potrafimy docenić dopiero w odpowiednim kontekście i nie od razu. Jednak zarówno w mitologii antycznej, jak i chrześcijaństwie, owoce te postrzegane były zawsze jak najlepiej. Grecy utożsamiali cytryny z ze złotymi jabłkami strzeżonymi w ogrodzie bogów przez Hesperydy. Alchemicy widzieli w nich przejaw energii, pisarze religijni – oznakę dziewictwa, wytrwałości, pracowitości.
Przekrojona na pół cytryna wygląda na stole niemal równie efektownie jak okazała kiść winogron. Subtelne zróżnicowanie barw skórki i miąższu, wspaniała harmonia ukryta w podziale na cząstki, jedyna w swoim rodzaju doskonałość kształtu. Idealnie zamknięta, jakby niedostępna i niepodważalna symetria może przerażać albo zniechęcać artystę, który tak kocha różnorodność. Flamandzcy mistrzowie lubią więc pokazywać cienki i fantazyjnie zwinięty kawałek obranej skórki.
Celuje w tym wspomniany już Jan Heem, jednak Osias Beert ustawia na stole dorodną cytrynę przekrojoną na pół, a obok drugą – jeszcze nie napoczętą. Połówka cytryny ma mnóstwo pestek, które wydają się bardzo dekoracyjne, choć może nie świadczą dobrze ani o kucharzu, ani sprzedawcy na targu.
Jednak jakość owocu zrekompensują nam bez wątpienia wspaniałe ostrygi leżące tuż obok na talerzu. Twarde ziarnka nie będą przeszkadzać gościom, którzy potrzebują do szczęścia tylko odrobiny wyciśniętego soku.

Pomarańcze są bez wątpienia smaczniejsze, ale mniej jakby malownicze, trudniejsze do zaprezentowania, choć na przykład Joos van Cleve przypisuje im istotne znaczenie symboliczne.

Jednak daleko im do popularności winogron, cytryn, brzoskwiń, a nawet kasztanów. Być może wynika to z faktu, że artyści flamandzcy nie pokazują właściwie pojedynczych owoców. Uwielbiają dostatek, a nawet nadmiar. Leżąca na talerzu samotna pomarańcza świadczyłaby o czymś wręcz przeciwnym, może nawet obrażała uczucia gościa, który spodziewał się wykwintnego posiłku. Tymczasem właściwie tylko pojedyncza pomarańcza budzi naprawdę żywe uczucia. Jest jak słońce na nieboskłonie, też niedopuszczające żadnej konkurencji. Pomarańcza podawana na dłoni to wspaniały i niebywale ekspresyjny znak pojednania, sympatii, współczucia. Zapełniłem kosz moich owoców. Już mam ich więcej niż może pomieścić ten krótki esej. Po namyśle dorzucam jeszcze czereśnie. Symbolika owoców, kwiatów, kolorów czy imion to sprawa tradycji, narodów, kultur, a czasem sprawa najzupełniej indywidualna. Z dzieciństwa zapamiętałem jedzącą czereśnię bardzo bliską mi osobę. Już wówczas była śmiertelnie chora. Może dlatego czereśnie, choć takie smaczne i pojawiające się w naszym klimacie wraz z nadejściem wiosny, wydają mi się zapowiedzią smutku. Przeczytałem, że od dawna symbolizują Mękę Pańską. We Berlinie widziałem wspaniały obraz Beerta, który nie ma oczywiście nic wspólnego z próbą odtworzenia sceny podpatrzonej w kuchni.

Wszystkie przedmioty, a naliczyłem ich zaledwie osiem, rozmieszczone zostały na pustym niemal stole. Trzy wysmukłe naczynia i trzy płaskie, chleb i wino, nóż, na którym przysiadła ważka. W głębi talerz połyskujących apetycznie oliwek, z prawej strony misa dorodnych czereśni, pośrodku, na pierwszym planie, znacznie mniejsza miseczka poziomek. Chleb i wino są tu oczywiście ważne jako symbole eucharystyczne, ale rozsypane również na stole czereśnie i poziomki wytyczają drogę, której kierunku nie znamy. Czy po raju następuje smutek, czy też opuszczając melancholijny żywot ziemski przenosimy się do krainy poziomek, odwiedzamy ziemski raj, by ostatecznie połączyć się z Chrystusem? Zapewne, arcydzieło mistrza z Antwerpii to nie traktat teologiczny, ale i nie fotografia wykonana ku uciesze tych, co patrzą, ale nie widzą.
To troche tak, jak z Przyslowiami flamandzkimi Bruegla.

Dostrzegasz placki na dachu i nie masz pojecia, dlaczego sie tam znalazly. Poslugujac sie reprodukcja mozesz je nawet wziac za element architektoniczny.
Dopiero znajomosc przyslowia daje klucz do rozwiazania zagadki.
Zgarniamy ze stolów kolejne skarby. Oliwki, ostrygi, krewetki, homary, karczochy - wszystkie te specjały przywędrowały do nas dopiero w ostatnich dwudziestu mniej więcej latach, chociaż może należałoby raczej powiedzieć, że powróciły? Tu już nie ma miejsca na żadną pospolitość, którą zresztą pod każdą szerokością geograficzną reprezentuje coś innego. Owoce morza w Grecji czy Hiszpanii należą do codziennego jadłospisu. Ale homar jest wszędzie luksusem i chyba tak samo było przed wiekami we Flandrii. To najpiękniejsze zwierzę, jakie kiedykolwiek przyrządzałem: uwięzione w lodowym bloku niczym mucha w bursztynie, umieszczone pod strumieniem wody, zaczęło powoli odzyskiwać swoje wspaniałe kształty. Wcześniej jadłem homara tylko z puszki, która kosztowała fortunę. Znajoma straszyła mnie, że zamrożony homar żył jeszcze, gdy wrzucałem go do wrzątku. Myślę teraz, że istotnie ten król skorupiaków nawet pozbawiony znaków życia wygląda naprawdę jak żywy. Zresztą czego byśmy się po nim spodziewali? że poda nam łapę (to znaczy szczypce) albo zamruczy z zadowolenia?
Mordujemy homary, nic nie wiedząc o ich nieprzeniknionej egzystencji. Flamandzcy mistrzowie musieli wiedzieć, że homar symbolizuje zmartwychwstanie, dlatego może malowali to zwierzę z trudno zrozumiałą wstrzemięźliwością. Na przykład Jan Heem - przesuwa homara na plan dalszy, nie chce, by przyćmiewał inne elementy kompozycji. Perspektywa zatraca wspaniałe kształty stworzenia, które pyszni się tu jedynie niezwykłą barwą. Swoją drogą idzie jak zwykle Snyders pokazujący złożone w kuchni trofea myśliwskie. Obraz znajdujący się w monachijskiej Starej Pinakotece wywołuje raczej niepokój niż zachwyt, bardziej wrażliwi widzowie mogą doświadczać jeszcze bardziej przykrych skojarzeń. Martwy zając, dzik i sarna wcale nie pobudzają naszego apetytu, każą raczej myśleć o śmierci, choć nie widać tu krwi. Jej zapach musiał jednak zwęszyć wychylający się spod stołu myśliwski pies o długim pysku. Nadchodzący z prawej strony, ulokowany już na stole niewielki kot też ma w oczach dziką grozę. Zwierzęta czują śmierć, choć nie dostrzega jej trochę bezmyślny młodzieniec zajęty pochłanianiem kiści winogron. Odwraca wzrok od martwych zwierząt, co naturalnie można by wziąć za dążenie do poszukiwania życia wbrew śmierci. Ale tym sposobem nie patrzy również na usytuowanego w centralnym punkcie obrazu homara imponujących rozmiarów - nie mieści się on na ogromnej srebrnej tacy, zawieszonej jakby w powietrzu, między niebem a ziemią. Rozmawiamy o flamandzkich homarach, lecz zamawiamy karczochy, które po angielsku nazywają się artichokes i muszę wytłumaczyć Jacowi, dlaczego kojarzą mi się z morzem - prawie tak jak ostrygi i krewetki. To dlatego, wyjaśniam, że pierwsze karczochy jadłem w Gdyni, w jakimś naprawdę niepozornym barze. Młode i świetnie przyrządzone w ostrym sosie serowym. Wspaniałe i pożywne danie, w sam raz na kieszeń turysty. Zwykle nad morzem jadałem ryby albo kalmary, albo jakieś inne wodne specjały, a tu - proszę, karczochy. Mógłbym je nazwać karczochami morskimi, w pewnym sensie oczywiście. Teraz nie ma już odwrotu: kolej na ryby. Drażliwy temat, bo na targu w Rotterdamie, widząc moją ochotę spędzenia całego popołudnia, a może i wieczoru przy stoiskach pełnych najrozmaitszych mieszkańców głębin morskich, Jac kupił pierwszą z brzegu rybę i wrzucił ją gniewnie za tylną szybę samochodu, po czym zarządził natychmiastowy odwrót. Ku mojej rozpaczy, bo tyle jeszcze było do zobaczenia! Niestety, wystawiona na słońce ryba wkrótce dała się nam we znaki i trzeba było ją bezzwłocznie usuwać, wietrzyć wnętrze pojazdu, przemyć szybę i siedzenia. Robimy to szybciutko, przy okazji katalogując ryby ze znanych obrazów. Co też jadano we Flandrii w XVI i XVII wieku, jakie ryby trafiały do spiżarni, a jakie od razu na stół? Czy wszystkie uznano za godne utrwalenia na malarskim płótnie? Najbardziej utkwiła mi w pamięci płaszczka namalowana przez Chardina, który oczywiście ze względu na datę urodzenia i narodowość nie należy do naszego tematu.

Ale jakże mógłbym zapomnieć o rybie, która śni mi się nocami? Jac przypomina, że martwa natura z płaszczką znajduje się niedaleko stąd, w Luwrze, możemy ja odwiedzić i zaraz wrócić.
-W takim razie - odpowiadam - trzymajmy się jak najdalej od Paryża. Zdaniem jednych, jest to płaszczka nabijana (raja clavata), zdaniem innych - płaszczka promienista (raja radiata), pływa na brzuchu, żywi się rybami i skorupiakami, ma mocne zęby i oczy na grzbiecie. Płaszczka promienista osiąga długość 1 metra, płaszczka nabijana jest jeszcze większa. W porównaniu z małym kotkiem wydaje się potworem z zaświatów.
Znacznie większa jest zresztą płaszczka siwa i miałem przez chwile wrażenie, że to ją uwiecznił kolejny artysta z Antwerpii, Jan Boeckhorst. Ale jego ciemna ryba o dziwacznym kształcie jest zbyt mała - rybacy łowią podobno okazy trzymetrowe gatunku zwanego przez ichitologów raja alba.
Ta płaszczka odebrała nam apetyt, a przecież wystarczy pomyśleć o różowiutkim łososiu, delikatnej jak marzenie soli albo posilnym steku z rekina, by w ogóle nie wychodzić z nadmorskiej kuchni. No, chyba że na targ rybny, lecz tego już nie powiem głośno. Zostańmy więc przy obrazach flamandzkich mistrzów. Jako jeden z najstarszych symboli chrześcijańskich ryba cieszy się w europejskiej ikonografii szczególnymi względami. Choć martwa, przypomina o wieczności. Symbolizuje Chrystusa, pojawia się podczas Ostatniej Wieczerzy - w skromnej co prawda ilości, ale jednak obok chleba i wina. Dlatego handlarka ryb czasem przywodzi na myśl anioła, a jej rozłożony stragan nabiera cech rytualnej przestrzeni. Nie czujemy przykrego zapachu, śluzu, łusek, budzących odrazę wnętrzności. Ryby wydają się piękne i czyste, tajemnicze i pełne ukrytego znaczenia. Pokazał to przejmująco David Teniers Starszy.
Wielką karierę zrobił dopiero jego syn, także David, który ożenił się z córką Jana Brueghla (świadkiem na jego ślubie był sam Rubens) i przeniósł się z Antwerpii do Brukseli. Patrząc po raz pierwszy na znajdującą się w Hadze Bogata kuchnię nie miałem świadomości, że to dzieło stworzył ojciec, a nie syn. Pod sufitem wisiały na pół oskubane ptaki, w głębi po prawej stronie służąca nakrywała do stołu, a kuchcik obracał rożen. Jednak najważniejsza treść umieszczona została na pierwszym planie, choć raczej na obrzeżach płótna. Podział wydaje się tu bardzo ściśle przestrzegany. Z lewej strony zwierzęta, z prawej - ryby. Tym większy kontrast, bo o ile ryby pozostają nietknięte, jak gdyby przed chwilą dopiero wyjęte z wody, to pozostałe stworzenia są już tylko mięsem. Nie dajmy się zwieść wspaniałym plastrom szynki, upieczonej na złoty kolor gęsi, indykowi, który wówczas stanowił jeszcze pożądaną, przywiezioną z Meksyku nowość. Między rybami a mięsem istnieje symboliczna przepaść zapewne znacznie większa niż między dniem postu a dniem świątecznym, gdy na stołach królują pieczenie, steki i kiełbasy. Dostatek przechodzi w obżarstwo, zamożność przyjmowana jako błogosławieństwo Opatrzności staje się grzechem. Już Cesare Ripa uczył, że obżarstwo przedstawiać należy jako nieurodziwą korpulentną kobietę, wokół której leżą martwe ptaki i zwierzęta. Jac jest oczywiście zachwycony moim wywodem, bo popiera od dawna jarską kuchnię. Studzę jego zapał przypominając, że ogórek, który zamierza właśnie zjeść, to w ikonografii chrześcijańskiej symbol potępienia. Może ksiądz Robak też brał ten fakt pod uwagę? Mówię, że mamy już chyba wszystko i że czas się zbierać. Oczywiście, zapomnieliśmy o chlebie. To pewnie dlatego, że na Zachodzie i na Północy kojarzy się on najczęściej z większą lub mniejszą bułką, chlebkiem co najwyżej. Tymczasem ja chciałbym zobaczyć prawdziwy bochen chleba co najmniej tak wielki jak ten, który widnieje na obrazie Joba Berckheydego z Haarlemu.

We wnętrzu pokazanej tu piekarni widnieje zresztą tylko jeden taki bochen, bo poza tym jakieś precelki, obwarzanki, malutkie i nieciekawe bułeczki.
-Co to za różnica? - pyta Jac. Ostatecznie zjesz dwa takie chlebki i będziesz miał dość. Wiem, że się myli, bo i w Paryżu i w Londynie, gdzie Jac mieszka, zawsze brakowało mi takiego chleba, który dzieli się na połówki, ćwiartki, kromki i skibki. A kiedy prosiłem o chleb, to niezmiennie urocza mademoiselle wręczała mi bagietkę, zapewniając, że to le pain, oczywiście.
Symbole, symbole, symbole… Przecież gdyby chodziło o płaski realizm, to nikt nie zestawiałby potraw w tak dziwaczny sposób. Przywykłem do najbardziej ekscentrycznych połączeń, ale trudno mi wytłumaczyć bliskie sąsiedztwo tak obcych sobie składników jak na przykład wiśnie i oliwki. Co robią ostrygi w towarzystwie winogron? Do jakiej potrawy użyjemy łososia i surowej marchewki? Albo czy homar komponuje się kiedykolwiek z pomarańczą? To, co byłoby niemożliwe w kuchni, staje się wprost nieodzowne w przestrzeni symbolicznej, gdzie dochodzi do różnych nieoczekiwanych spotkań, gdzie wydobywane są niespodziewane harmonie albo porażające kontrasty. Wydobywam z zakamarków pamięci jeszcze jedno dzieło - oczywiście Snydersa, tym razem ze zbiorów wspaniałej Galerii Drezdeńskiej. Trzeba na nie patrzeć dostatecznie długo, by nie ulec iluzji. W pierwszej chwili skłonni jesteśmy podziwiać tylko rubensowski rozmach, natłok detali, farby nakładane zdecydowanymi pociągnięciami pędzla, żywe kolory, formy pełne przepychu. Dopiero potem rozpoznajemy szczegóły: wyrwane pióra, kawałki mięsa, zwierzęta i ptaki w przerażających pozach, z wykrzywionymi w śmiertelnej męce ciałami. To nie spiżarnia i nie kuchnia. To pobojowisko, prawdziwy triumf okrucieństwa. Otwarta rana na brzuchu zabitego dzika odsłania smakowite mięso; zając jakby pogrążony we śnie, z którego nigdy się obudzi. Nikt nie będzie już podziwiał piór bażanta, teraz ozdabiających kuchenny stół. W najlepszym razie zostaną użyte do dekoracji potrawy.
Ogromnych rozmiarów łabędź z rozpostartymi skrzydłami wisi głową w dół - jego dziób dotyka podłogi, po której uwija się suka z młodymi. Snyders zrezygnował z zachowania proporcji i szczeniaki są nie większe od polnej myszy, a jednak mało sympatyczne. Ich matka też wygląda niczym bestia na krwawych łowach.
Zdaje mi się teraz, że malarze flamandzcy (i holenderscy, oczywiście, choć o nich nie mówimy) wiedzieli prawie tyle co współcześni im mistycy. Wierzyli w istnienie księgi natury, zasłony stworzonej z materialnych dzieł, za którą kryją się mistyczne znaki. Traktat o czasie i wieczności może być zapisany w postaci zepsutych owoców, czerstwego pieczywa, ale także słoja konfitur, które tak jak rodzynki i wino przetrwają co najmniej do zimy. W kuchni wszystko jest jakby tymczasowe, bo posiłki następują bez przerwy, jeden po drugim. Nie można jednocześnie jeść i podziwiać - ostrzega Simone Weil. Jedząc - burzymy dekorację. Za to w spiżarni przedmiotem naszej troski jest trwanie, podtrzymywanie przy życiu, utrzymywanie w stanie, który nie jest może istnieniem w pełnym znaczeniu, ale nie jest jeszcze rozkładem, zepsuciem, gniciem materii. Widać tu najdoskonalej ulotność chwili i nieustanną walkę o życie, które jest czymś o wiele bardziej złożonym niż bezkonfliktowe trwanie. Kto bywał we flamandzkiej spiżarni, ten musiał zauważyć, że nie ma życia bez okrucieństwa, zadawania bólu, niszczenia piękna, udowadniania na każdym kroku, że indywidualny byt to coś absolutnie prowizorycznego i podążającego nieustannie na spotkanie śmierci bez majestatu i bez heroizmu. Jac nie do końca przekonany kręci głową i radzi, bym zajął się teraz odczytywaniem znaków drogowych, szyldów i nazw miejscowości. Bo prawdopodobnie zaraz przejedziemy granicę holenderską, a może już przejechaliśmy, bo odkąd nie ma żadnych kontroli granicznych, trudno poznać, w jakim jesteśmy państwie. Czytam bardzo długie słowa, których oczywiście nie rozumiem i nigdy nie będę w stanie zapamiętać. Przypominam sobie, że sekretnym malarskim herbem Holandii był łabęd?, ale ta wiedza też chyba nie na wiele się przyda.
Rozglądam się przed siebie i za siebie, na boki, do góry i nagle mówię:
-Już. Jesteśmy w Holandii!
-Jak to? - pyta Jac. - Po czym poznałeś?
-Takie niebo - odpowiadam w rozmarzeniu - można zobaczyć tylko nad Holandią!

^ Top